Co, jeśli największy demon XXI wieku nie mieszka w piekle, lecz w przeciążonym mózgu, telefonie i domowym routerze?
Napisałem powieść o parze, która próbuje poradzić sobie z lękiem, zazdrością, chaosem informacyjnym i kryzysem psychicznym. Początkowo bohaterowie sądzą, że walczą z pojedynczymi demonami codzienności. Z czasem odkrywają, że ich przeciwnicy potrafią się porozumieć, a ktoś znacznie większy nauczył się wykorzystywać ich słabości.
Dryńdryń mieszka w telefonie. Każde powiadomienie przedstawia jako sprawę wymagającą natychmiastowej reakcji. Nie pozwala odpocząć, odłożyć odpowiedzi ani uznać, że coś może poczekać do rana.
Myślożer bierze jeden błąd, jedno zdanie albo pojedyncze spojrzenie i buduje z niego setki możliwych scenariuszy. Nie szuka odpowiedzi. Potrzebuje kolejnych pytań.
Ręcznikon potrafi zamienić mokry ręcznik, bałagan w łazience albo przesunięty przedmiot w dowód, że całe życie wymyka się spod kontroli.
Bulimor obiecuje szybką ulgę. Najpierw podsuwa jedzenie jako sposób na uciszenie napięcia, a później zostawia po sobie wstyd i jeszcze większe poczucie bezradności.
Dołączają do nich Zazdrocha, Hipochondriak, Chłodniak, Pijatyka, Satanizator i Bogobój. Każdy odpowiada za inny rodzaj lęku, odcięcia, podejrzliwości albo przeciążenia.
Osobno bywają niezdarni, groteskowi, a czasem nawet zabawni. Problem zaczyna się wtedy, gdy uczą się współpracować.
Nad demonami pojawia się Technokraton.
Nie ma rogów ani skrzydeł. Ma kable, procesory, puste foldery, martwe linki i panel logowania zamiast twarzy. Nie musi wymyślać nowych lęków bohaterów. Wystarczy, że pozna te, które już w nich mieszkają.
Podsuwa im wyniki wyszukiwania, zdjęcia, wiadomości, wyrwane z kontekstu zdania i krótkie filmy wyglądające jak dowody. Każdemu pokazuje coś innego, ale zawsze trafia dokładnie w miejsce, które już wcześniej bolało.
Gdy inne demony próbują go nakarmić, odpowiada krótko:
„Nie jem. Ja indeksuję”.
Technokraton nie jest po prostu złą maszyną. Jest metaforą świata, w którym nadmiar danych może wyglądać jak wiedza, dopasowany wynik jak potwierdzenie, a przypadkowy błąd techniczny jak wiadomość skierowana osobiście do odbiorcy.
Z czasem para coraz rzadziej patrzy na siebie. Zaczyna patrzeć w ekrany.
Troska brzmi jak oskarżenie. Strach zostaje pomylony z intuicją. Przypadek zaczyna przypominać znak. Zwykła awaria, brak pliku albo zmieniona kolejność zdjęć nabierają znaczenia, którego wcześniej nie miały.
Każde kolejne kliknięcie ma przynieść ostateczną odpowiedź.
Nie przynosi.
Przynosi następny link, następną interpretację i następny powód do strachu.
„Technokraton, demony przeciążenia i spółka” jest fikcyjną powieścią-metaforą o technologii, zdrowiu psychicznym, psychozie, zazdrości, relacji i chaosie informacyjnym. To historia o tym, jak łatwo pomylić informację z prawdą, skojarzenie z dowodem, a głos własnego lęku z komunikatem pochodzącym ze świata.
Technologia w tej książce nie jest jedynym winowajcą. Nie każda wyszukiwarka kłamie, nie każdy błąd systemu jest manipulacją i nie każdy ekran prowadzi do kryzysu.
Problem pojawia się wtedy, gdy człowiek jest przemęczony, przestraszony i odcięty od innych ludzi. W takim stanie przypadkowe informacje łatwo zaczynają układać się w historię, której nikt świadomie nie napisał.
Technokraton wykorzystuje właśnie tę szczelinę. Nie przekonuje bohaterów siłą. Pokazuje im treści, które pasują do tego, czego już się obawiają.
Nie chciałem pisać opowieści, w której kryzys psychiczny prowadzi wyłącznie do ciemności i nieuchronnego rozpadu.
Ta książka jest również o zdrowieniu.
Nie o jednej rozmowie rozwiązującej wszystkie problemy. Nie o miłości zastępującej leczenie. Nie o bohaterze, który nagle wszystko rozumie i już nigdy nie odczuwa lęku.
Zdrowienie wygląda tu znacznie mniej widowiskowo.
Jak cofnięcie palca znad kolejnego linku.
Jak wyłączenie laptopa i odejście od biurka.
Jak telefon do prawdziwego człowieka zamiast dalszego szukania odpowiedzi na przypadkowych stronach.
Jak sen, jedzenie, nawodnienie, kontakt ze specjalistą i powrót do podstawowych sygnałów płynących z ciała.
Jak przyznanie:
„Nie wiem, co jest prawdą, ale nie chcę rozstrzygać tego sam w środku nocy”.
Zdrowienie oznacza też odbudowywanie zaufania po tym, gdy lęk przekręcił znaczenie najprostszych słów.
To także opowieść o miłości, ale nie tej idealnej i filmowej.
Paweł i jego ukochana ranią się, ponieważ każde z nich słyszy coś innego, niż zostało powiedziane. Boją się. Zamykają się w sobie. Szukają potwierdzeń własnych obaw. Czasami bardziej ufają ekranowi niż osobie siedzącej obok.
Żadne z nich nie jest cudownym lekarstwem dla drugiego. Mogą jednak zostać obok, zauważyć kryzys, przerwać spiralę i pomóc wrócić do kontaktu z rzeczywistością.
Nie walczą wyłącznie z demonami.
Uczą się rozpoznawać moment, w którym demon zaczyna mówić ich własnym głosem.
W książce jest mrok, ale jest też humor. Niektóre demony są celowo przesadzone i absurdalne.
Łatwiej czasem zauważyć własny mechanizm, kiedy dostanie imię, pulsoksymetr, fartuch wykonany z wyników badań albo rogi ze spinaczy do bielizny.
Humor nie ma wyśmiewać osób w kryzysie. Ma stworzyć dystans do lęku i pokazać, że nawet bardzo przekonująca myśl nie zawsze mówi prawdę.
Pod warstwą horroru psychologicznego, romansu i paranormalnej groteski pozostają dwa pytania:
Co pozostaje między ludźmi, kiedy technologia nauczy się mówić językiem ich najgłębszych lęków?
Czy można odzyskać rzeczywistość, kiedy przestało się jej ufać?
„Technokraton, demony przeciążenia i spółka” to bajka o parze, zatrutych ekranach i miłości, która przestała klikać w strach.
„To, że ekran coś pokazał, nie znaczy jeszcze, że świat to powiedział”.
Powieść jest fikcją i porusza tematy kryzysu psychicznego, psychozy, zaburzeń odżywiania, uzależnień, lęku, zazdrości oraz zachowań autodestrukcyjnych. Nie jest materiałem diagnostycznym ani zamiennikiem leczenia, konsultacji psychologicznej lub psychiatrycznej.